wtorek, 10 października 2017

Spętani przeszłością. Krótko o Koe no kotachi.

2016 był bardzo szczodrym rokiem dla entuzjastów anime. Nie dość, że obrodziło wieloma seriami, które społeczność bardzo ciepło przyjęła, to w dodatku na gruncie filmów pełnometrażowych otrzymaliśmy przynajmniej dwie świetne produkcje. Jedną z nich, czyli Kimi no na wa, miałem przyjemność ugościć na tym blogu. Druga nie odbiła się tak szerokim echem poza kręgami fandomu, a powinna bowiem jest ona produkcją - w moim osobistym odczuciu oczywiście - o wiele ważniejszą.


O ile Kimi było produkcją bardzo dobrze przemyślaną i zrealizowaną o tyle brak mi w niej głębi, czegoś co skłoniłoby widza do przemyśleń. Koe no kotachi skutecznie wypełniło tą lukę w mojej umęczonej duszy.

Akcja filmu rozpoczyna się gdy bohaterowie uczęszczają do szkoły podstawowej. Do klasy dołącza nowa uczennica Shouko Nishimiya, która jest osobą niesłyszącą. Niemal natychmiast staje się celem klasowego łobuza Shouya Ishidy. Jak łatwo się domyśleć jej szkolne życie nie należało do najłatwiejszych i mimo usilnych starań by dopasować się do reszty została skutecznie wyalienowana. Po serii nieprzyjemnych zdarzeń Nishimiya zmienia szkołę, a cała wina zostaje zrzucona na Ishidę - nawet przyjaciele odwracają się od niego obarczając do pełnią odpowiedzialności za cierpienia Shouko mimo iż ich bierność też miała na wszystko znaczący wpływ.

Odtrącony chłopiec dorasta pokutując samotnością. Akcja przenosi się do czasów liceum kiedy to znów spotykamy Ishidę - dojrzałego i świadomego swego swych błędów - domykającego pewne sprawy. Spotykamy go w dniu, w którym postanowił zebrać się na odwagę by przeprosić Nishimiyę(nauczył się w tym celu języka migowego) za swe grzechy. Ma to być kulminacyjny moment jego życia, moment do którego dojrzewał wiele lat.

W tym miejscu zakończyłaby się spora część filmów czy seriali. Mamy grzech, pokutę i rozgrzeszenie. Byłem zaskoczony, że film zleciał tak szybko, aż zobaczyłem, że pozostała mi ponad godzina seansu. Cóż jeszcze było do pokazania? Sporo.

Tutaj zaczyna się strefa spoilerów, więc jeśli nie oglądałeś/oglądałaś tego filmu to polecam nie czytać dalej. Serio. Obejrzyj film i wróć jeśli chcesz, ale nie czytaj tego teraz.


Te około 40 minut filmy było właściwie tylko wstępem do właściwej treści. Rzecz nie tyczy się samego grzechu jako takiego, ale tego co on spowodował, co zniszczył i co zbudował. Cała historia z podstawówki największe piętno odcisnęła oczywiście na dwójce głównych bohaterów, ale nie tylko. Każda postać, która brała większy bądź mniejszy udział w wydarzeniach sprzed lat dotknął ten sam problem - zostali zniewoleni przez przeszłość. Każdy miał oczywiście swoją wizję tego co się działo i jak to właściwie wyglądało.

Ishida cały czas przeżywa efekt swoich działań. Nie chodzi bynajmniej o sam efekt odrzucenia bo dzięki temu zrozumiał swoje błędy. Najbardziej cierpi dlatego, że uświadomił sobie jak destrukcyjny wpływ miał na cudze życie. Z biegiem czasu rozumie, że jedyne czego Nishimiya chciała to być akceptowaną w nowym otoczeniu, że usilnie starała się by być traktowana normalnie, a on jej brutalnie to odebrał. Nie chodzi o jego komfort, ale o to, że odebrał go komuś kto w żaden sposób na to nie zasłużył. Co ważne w pewnym momencie dowiadujemy się, że Nihimiya czuje się tak samo, uważa, że to przez nią życie Ishidy potoczyło się takimi torami, ale o tym za chwilę.


Jest pewna kwestia, która wywarła na mnie największy wpływ podczas seansu. Bardzo dobrze pokazano samobójców.

Po timeskipie poznajemy Ishidę domykającego swoje życie. Moment przeproszenia dziewczyny miał wszystkiego dopełnić, miało być ostatnią sprawą do załatwienia w jego życiu. Po tym wydarzeniu był gotów się zabić. Chciał skoczyć z mostu. 
Mamy tutaj nieco stereotypowy, ale niemniej dokładny, jeden z profili samobójców. Człowiek kończy co warte zakończenia, zostawia list bądź inną wiadomość i odbiera sobie życie. Taki obraz zazwyczaj mamy przed oczami jeśli słyszymy hasło "samobójca", taki obraz wykreowały w nas media i takim schematem chcąc nie chcąc podążamy. Czy dojdzie do odebrania sobie życia czy nie jest już inną kwestią, ale przedstawienie tego w taki sposób jest w tym anime bardzo ważne by wzmocnić efekt poznania drugiego "schematu".

Wspomniałem, że Nishimiya uważała, że swoją osobą, pojawieniem się w klasie Ishidy zniszczyła jego życie. W końcu gdyby jej nie było reszta nie odwróciłaby się od chłopca, prawda? Oczywiście, że jest to bzdurne myślenie, ale bywa, że tak właśnie ludzie myślą. Zbyt wiele pozornie błahych rzeczy wyolbrzymiamy do rangi dramatu. Tak właśnie jest w przypadku tej dziewczyny, która była tak czysta i niewinna, że widziała swoją winę tam gdzie jej nie było.. i to ją niszczyło. W jej przypadku było jednak inaczej niż w przypadku Ishidy, ona trzymała wszystko w sobie. Nie dawała znaków, nie mówiła o tym. Na co dzień wesoła, zwykła(pomimo dysfunkcji) nastolatka kryła w sobie mrok, który ją pożerał. Nikomu nic nie mówiła bo nie chciała nikogo martwić, to przecież jej grzechy, nie chciała znów nikomu niszczyć życia, chciała by każda bliska jej osoba mogła cieszyć się swoim życiem, by nie musiała się o nią martwić. Dlatego postanowiła zabić się w ciszy i samotności. 

Doceniłem, że kwestię samobójstwa potraktowano tak dokładnie i pomimo błahości bodźców skłaniających do odebrania sobie życia, nie potraktowano całości problemu jako czegoś mającego wzbudzić w widzu "feelsy". Cieszę się, że tak dobrze pokazano "cichego samobójcę" - człowieka, którego możemy widzieć każdego dnia, który może radośnie się śmiać, który zawsze wyglądał nam na wiecznie szczęśliwego, człowieka, który za maską uśmiechu jest zniszczony, który tak jak bohaterowie tego anime jest opętany przez przeszłość i nie potrafi zerwać łańcuchów, które go niewolą. 

Kwestia działania takich osób to materiał na dłuższy wywód, a ma być to krótki tekst o bardzo dobrym filmie. 


Audiowizualnie jest poprawnie. Kreska jest ładna i dokładna, a muzyka jest i dobrze komponuje się z całością. Podobnie jak w przypadku Kimi no na wa ten film broni się treścią samą w sobie, a nawet robi to dużo lepiej, ale to już kwestia scenariusza.

Słowa uznania niezaprzeczalnie należą się Saori Hayami podkładającej głos pod postać Nishimiyi. Świetnie oddała to jak próbują mówić osoby niesłyszące. Zawsze doceniam aktorów głosowych potrafiących dostosować się do roli, oddać emocje, ale czegoś takiego jak w tym przypadku jeszcze nie słyszałem.

Kończąc dodam, że mam nadzieję iż ten film nie tylko poszerzy ludzką świadomość na temat samobójstwa, ale również pomoże wielu tym, którzy się z tym borykają zrzucić niewolące ich pęta i ruszyć dalej tak jak udało się to bohaterom filmu. Nie będzie oczywiście łatwo, ale gra jest warta świeczki.

Zapomniałem wspomnieć o jednej sprawie. Można by zadać pytanie dlaczego niepełnosprawną dziewczynkę umieszczono w klasie ze zdrowymi dziećmi. Według mnie ma to rolę symboliczną i ma za zadanie ukazać problem wyalienowania ze społeczeństwa ludzi niepełnosprawnych. Jest wielu, który starają się żyć normalnie, którzy mimo niebanalnych problemów chcą być traktowani jak normalni ludzie, ale społeczeństwo zamiast widzieć to co mają, widzi to czego nie mają. Społeczeństwo ludzi "idealnych" boi się "wybrakowanych" egzemplarzy i to anime stara się to pokazać. Może nowe pokolenia staną się bardziej otwarte. Mam taką nadzieję.


Pozdrawiam,
Grizz.

piątek, 15 września 2017

Kimi no Na wa - bardzo dobry film z potencjałem na średnią serializację

Chcąc jak najbardziej odsunąć w czasie moment kiedy sięgnę po ostatnią część Kizumonogatari postanowiłem sięgnąć po coś innego. Padło na Kimi no Na wa, o którym w fandomie było głośno. Hype na ten film był tak wielki, że planowałem nigdy się za to nie zabrać - staram się unikać wyhypowanych rzeczy gdyż bardzo często wychodzi na to, że opinie były mocno przesadzone. Czy Twoje imię też jest tylko ładnie pomalowaną wydmuszką? O dziwo nie.


W tym filmie można było zepsuć wiele. Ba, można było zepsuć wszystko. Gdyby tylko nieco popsuć proporcje to film mógłby stać się albo głupiutką komedyjką, albo głupiutkim ecchi. Historia o próbie oszukania przeznaczenia mogłaby stać się tylko mało ważnym tłem dla lawiny wtórnych gagów. Na szczęście Makoto Shinkai okazuje się być człowiekiem z bardzo dobrym poczuciem równowagi.

Kimi no Na wa opowiada historię dwójki młodych ludzi, którzy nie znają siebie, nie wiedzą o swoim istnieniu, żyją w miejscach, które nie mają ze sobą właściwie nic wspólnego. Mieszkająca w niewielkim miasteczku Mitsuha Miyamizu i Taki Tachibana, który mieszka w Tokyo, budząc się pewnego poranka odkrywają, że zamienili się ciałami. Nie wiedzą, że to wydarzenie jest początkiem rozpaczliwej pogoni za zmianą przeznaczenia.


Tutaj należy się zatrzymać i nie brnąć dalej w fabułę gdyż jest ona najmocniejszą stroną tego filmu. W teorii każdy film powinien bronić się fabułą, ale nie oszukujmy się, nie zawsze tak jest. Tutaj historia została poprowadzona fenomenalnie i mimo, że motyw zamiany ciałami nie jest czymś odkrywczym i faktem jest, że bardzo łatwo zmienić to w infantylną rozrywkę dla mas, postarano się by ostateczny wydźwięk nie okazał się czymś płytkim. Dodam jeszcze, że moment kulminacyjny był pierwszą od dekady rzeczą w anime, która na prawdę mnie zaskoczyła.

Strona audiowizualna jest dobra, ale daleko jej do czegoś więcej. Kreska jest całkiem ładna i solidna, dobrze operowano światłem i kolorami, ale w moim odczuciu - zwłaszcza po wcześniejszym obejrzeniu dwu części Kizumono - jest zbyt zwyczajna. Brak tutaj czegoś charakterystycznego, jakiegoś elementu, który w zestawieniu z innymi filmami krzyczałby "JESTEM FILMEM MAKOTO SHINKAIA! TO O MNIE WSZYSCY MÓWIĄ!". Ścieżka dźwiękowa jest. Poza kilkoma piosenkami od Radwimps  i może dwoma innymi utworami OST nie prezentuje się zbyt ciekawie, ale przecież nie musi, to nie muzyka ma tutaj grać pierwsze skrzypce.


Nie sposób zbytnio rozpisywać się na temat tego filmu gdyż każde słowo mogłoby być potencjalnym spoilerem i mimo iż nie jestem z tych, którzy za spoilery mogą ukrzyżować, nie zmienia faktu, że w mojej ocenie ten film należy odkrywać indywidualnie.

Nie omieszkam jednak nadmienić dlaczego w tytule postu napisałem "[...]z potencjałem na średnią serializację". Chodzi mi głównie o motyw zamiany ciałami, który w filmie został potraktowany dość po macoszemu. Taka praktyka, aż prosi się o to by pokazać więcej. W filmie nie było na to miejsca - po pierwsze ograniczenia czasowe, po drugie straciłby na tym mocno wydźwięk całości. W takim przypadku na przeciw mógłby wyjść serial, który mógłby ten wątek znacząco rozwinąć. Mam nadzieję, że serial nigdy nie powstanie. Byłby co najwyżej średni i mógłby całkowicie zepsuć wizerunek filmu. Stałby się tym o czym wspominałem na początku tekstu - głupiutką komedyjką z lawiną wtórnych gagów.

Niech Kimi no Na wa pozostanie bardzo dobrym filmem i niczym więcej, niczym mniej.


Pozdrawiam,
Grizz.









Film kończy się pięknie naiwnym happy endem, który porusza bardzo wrażliwą strunę moich przekonań. Nie dajmy sobie wmówić, że coś musiało się wydarzyć.

"Wasze życie należy tylko do was. Powstańcie i przeżyje je" ~Richard Rahl. 

czwartek, 25 sierpnia 2016

Piękny ten drugi sezon "Monogatari series"


Zbyt rzadko mam okazję oglądać takie perełki jak seria Monogatari. Wciąż nie mogę wyjść z podziwu jak Shaft potrafi bawić się formą przekazu tworząc coś co można śmiało określić jako dzieło sztuki. To już nie jest zwykłe anime, to niepowtarzalne doznanie.


Nie sposób powiedzieć cokolwiek odkrywczego o drugim sezonie Monogatari z racji tego, że wybitnie odkrywczy nie jest. Źle by było gdyby twórcy uznali, że ta seria potrzebuje czegoś odkrywczego. Jednakowoż to i tamto uległo rozwinięciu.

Najbardziej widać to w warstwie fabularnej. Nie małym zaskoczeniem było dla mnie gdy uświadomiłem sobie, że w Monogatari series: second season mam do czynienia z jedną, spójną historią miast kilku mniejszych luźno powiązanych jak w przypadku Bakemonogatari. Tak na prawdę mamy do czynienia z dwiema historiami, ale jedna z nich dzieje się równolegle do wydarzeń właściwych i ma być swego rodzaju konkluzją na temat Hanekawy.

Pomińmy jednak na chwilę kwestię Tsumasy i skupmy się na wątku właściwym. Znów mamy do czynienia z tzw. arcami, które w teorii wyznaczają podział fabularny na kilka postaci. W Bakemono podział był o tyle widoczny, że mimo iż wydarzenia działy się kolejno po sobie to wszystko miało jasny początek i koniec. Wiązało się to również z indywidualną stylistyką dotyczącą konkretnej postaci. Tutaj sytuacja ma się troszkę inaczej. W przeciwieństwie do pierwszego sezonu podział jest bardziej umowny i ma na celu raczej determinować pojawienie się pewnych postaci, miejsc, sytuacji i co się z tym wiąże - różnorodnej stylistyki.

Zastosowano tutaj "prawdziwy" wątek fabularny i wyszło to całości bardzo na plus. W poprzednim sezonie brakowało mi właśnie głównego wątku, który by wszystko spajał. Oczywiście ten swój swoisty podział bezdyskusyjnie miał pewien urok, jednak należę do ludzi lubujących się w historiach i w przypadku Monogatari series: second season mój głód historii został zaspokojony. Pomimo podziału na - nazwijmy to umownie - rozdziały, które sugerują odrębną tematykę to wszystko się ze sobą łączy, splata i w efekcie dostajemy ciekawie przedstawioną historię.

Ciekawym zabiegiem jest zaburzenie chronologii wydarzeń tak, że aby pojąć całość fabuły to widz jest zmuszony do poukładania sobie w głowie to co było dane mu zobaczyć. Nie jest to jednak "widzimisię" twórców, a fabularnie uzasadniony zabieg. Można BARDZO ogólnikowo określić, że fabułą sama siebie przestawia.

Nigdy zbyt wiele Kaikiego.

Od strony audiowizualnej jest świetnie. Troszkę boli mnie skąpo użyta stylistyka obecna w arcu Hitagi z Bakemono jednak jest to zrozumiałe ze względu na to, że Senjougahara nie dostała własnego czasu antenowego. Nie oznacza to oczywiście, że jest postacią nieistotną, ale stała się kimś kto jest na tym samym szczeblu fabularnej hierarchii, na którym był Meme w Bakemono. Przez przesunięcie jej na trochę inny plan, swój czas dostały inne postaci i tak oto mamy okazję podziwiać genialne stylizowane retrospekcje w opowieści o przeszłości Shinobu czy.. po prostu możemy podziwiać Kaikiego. Widać w tym jak znacząco został zwiększony budżet na Monogatari. Nie brakło oczywiście pewnych uproszczonych elementów przekazu, które stały się już znamienne dla tej serii, ale nie sposób nie dostrzec jak twórcy rozwinęli skrzydła. Warto nadmienić, że w końcu pojawiło się więcej postaci drugo czy nawet trzecioplanowych, które są ukazane w typowym dla Shafta, pełnym umowności stylu. Właściwie cały styl wizualny jest tutaj bardzo umowny i ta umowność jest piękna i niezwykle wiarygodna.

Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać jak swobodnie Shaft miesza różne style.
Dźwięk też jest na na prawdę dobrym poziomie - począwszy o takich "pierdół" jak openingi i indingi, po zabawę dźwiękiem w dialogach, aż po OST, który jest na prawdę dobry, a w przypadku retrospekcji Shinobu jest wręcz świetny. No i OST Kaikiego też jest bardzo dobry i wyrazisty. Tak jak Kaiki.

Na uznanie zasługuje również opening do ostatniego "rozdziału" opowieści, który bardzo fajnie miesza oryginalny styl serii Monogatari oraz "alternatywną", oldschoolową kreskę. Niby taka pierdółka, a cieszy.

Twórcy wyraźnie wzięli sobie do serca znaczenie słowa "monogatari" i zaserwowali widzowi ciekawie prowadzoną, spójną historię z intrygującą formą przekazu. Chciałoby się powiedzieć o tym coś więcej, ale grzechem by było zdradzać więcej. Seria Monogatari jak na początku wspomniałem jest wyjątkowym doznaniem, które każdy powinien odczuć na sobie indywidualnie. Wiadomym jest, że nie każdemu przypadnie do gustu z racji swej nieco ekscentrycznej formie przekazu, jednak na pewno warto dać tej serii szansę. Dla tych jednak, którym przypadnie ona do gustu, zawsze będzie zajmować wyjątkowe miejsce w sercach pełnych miłości do japońskiej sztuki animacji.


Pozdrawiam,
Grizz

Rzeczony opening.



Nadszedł czas by wspomnieć o Hanekawie i jej historii. Fragment dotyczący Tsubasy dzieje się obok wydarzeń, w których bierze udział Koyomi co może zaskoczyć gdyż Araragi zawsze był integralną częścią wydarzeń związanych z Tsubasą.

Wydarzenia tutaj pokazane zamykają niejako wszystko to co zostało nam ukazane od Nekomonogatari kuro przez Bakemonogatari do chwili "obecnej". Historia Hanekawy zawsze była inna od reszty gdyż wiązała się tylko i wyłącznie z nią. W sumie to też z Araragim, ale to ona była źródłem, alfą, genezą tego co ją spotykało. Sposób ukazania jej historii zawsze też był inny niż w reszcie przypadków, a to dlatego, że narracja była bardziej bezpośrednia - historia nie była nam przez kogoś tam opowiedziana, a poznawaliśmy ją od źródła(czy to od Koyomiego czy Hanekawy bezpośrednio). Przez to też zawsze styl tej opowieści wydawał mi się niezwykle zwyczajny, ale tak miało być - miała to być historia bardzo dosłowna.

Arc Hanekawy jest też o tyle istotny, że skupia się na czymś innym niż główny wątek. Ile razy oglądając anime mieliśmy pokazany po prostu strumień wydarzeń związanych wyłącznie z głównym bohaterem, jednym wątkiem itp.? Ile razy było nam jednak dane poznać to co przeżywają inne postaci? Ten arc świetnie pokazuje, że może istnieć coś poza głównymi wydarzeniami co może być interesujące i w jakiś sposób istotne.

Wątek, można by rzec, poboczny jest jednak istotny w kontekście ogółu postaci jakie było dane nam poznać bo niezwykle ludzki i doczesny.

piątek, 19 sierpnia 2016

Dzisiaj o Ano Natsu de Matteru i "świadomości" anime


Po tym jakże pięknym Guilty Crown, które wywarło na mnie tak piorunujące wrażenie miałem ochotę obejrzeć coś takiego zwykłego, prostego, może lekko głupawego. Chciałem coś co pozwoli mi zapomnieć o tym rozczarowaniu. Pomyślałem "chciałabym obejrzeć coś jak Onegai Teacher". Ano Natsu de Matteru właśnie to mi dało.


No może nie dokładnie dało to co Onegai Teacher i to nie ze względu na ogólnie panującą opinię - błędną zresztą - ale ze względu na to, że jest to anime bardziej przemyślane. Tak po za tym to niemalże kreska w kreskę OT.

Historia opowiada o licealiście Kaito Kirishimie, któremu spada na głowę statek kosmiczny niemalże go zabijając. Jakimś "cudem" przeżywa i zapomina o tym wydarzeniu. Później, testując znalezioną na strychu kamerę, należącą niegdyś prawdopodobnie do jego dziadka, zauważa urodziwą niewiastę Ichikę Takatsuki, która znacząco odmieni nieco zbyt monotonne życie naszego bohatera. Kaito postanawia nakręcić ze swymi przyjaciółmi Kanną Tanigawą, Tetsurou Ishigakim, Mio Kitaharą film, a Ichika zostaje w to oczywiście zaangażowana jako główna bohaterka powstającej produkcji. Jak można się spodziewać po autorach anime Ichika okazuje się być kosmitką i w wyniku kilku "nieprzemyślanych" słów wprowadza się do domu Kaita.

Brzmi znajomo? Onegai Teacher z tym, że zamiast nauczycielki mamy licealistkę. Głupio by było pisać coś więcej o fabule gdyż tak jak w przypadku OT przez całą serię mamy jej na prawdę niewiele, całość opowieści zamknięta jest w dwu może trzech odcinkach i nie jest to wbrew pozorom złe. Cały tok wydarzeń skupia się kwitnącym uczuciu Kaita i Ichuiki oraz wszechobecnym tsunderyzmie. Poza jedną bohaterką, każda istotna postać w tym anime jest tsundere, ale takim dobrym powiedzmy, że "staroszkolnym" tsundere. Bohaterowie zachowują się bardzo podobnie jak w Onegai - ten chce być z tą, ta z tym i robi się taki łańcuszek wzajemnych ochów i achów co oczywiście koliduje z tym co czuje inna postać. Nie jest to jednak jakoś wyjątkowo "nachalne", nie odrzuca, ale dlaczego to wyjaśnię za chwilę.

Audiowizualnie jest na porządnym poziomie - kreska jest przyzwoita, żywe kolory, animacje też nie są uderzająco kulawe. OST jest całkiem przyjemny choć nie wybija się - ot, pasujące do całości utwory. Opening brzmi bardzo podobnie do tego z Onegai Teacher i poza jednym, troszkę irytującym dźwiękiem jest to bardzo przyjemna piosenka. Endging wypada nieco lepiej ze względu na spójność melodii.

Czyżbym troszkę zbyt wiele przyrównywał Ano Natsu de Matteru do Onegai Teacher? Nie. Jeśli ktoś oglądał to drugie to na pewno nie umknie jego uwadze jak podobne są te oba anime. Mogę pokusić się o stwierdzeni, że Ano Natsu to takie OT dla ludzi, którym nie podobało się Onegai. Gdybym nie przeczytał wcześnie, że to anime stworzyli ludzie odpowiedzialni za OT to uznałbym to za bezczelny plagiat.

Mimo iż nie jest to nic odkrywczego, zachwycającego, jakoś specjalnie porywającego to muszę przyznać, że Ano Natsu de Matteru to na prawdę dobre anime przy którym bawiłem się naprawdę dobrze. Mogę z czystym sensem polecić je każdemu.


Dlaczego tak bardzo mi się podobało to anime? Z tego samego powodu z jakiego podobało mi się Konosuba czy osławione Onegai Teacher - to anime jest po prostu "świadome" tego czym chce być.Nie ma tutaj żadnych zbędnych treści, ukrytego przekazu, morału itp. Skąpa, prosta fabuła, którą można streścić w dwóch odcinkach? Tak miało być. Bohaterowi, którzy są bardzo prości, momentami głupawi, aż do przesady trunderowaci? Tak miało być.

Twórcy dokładnie wiedzieli jakie anime chcieli zrobić. Miało być to prosta, romansikowa, lekka historia przy której można się od czasu do czasu uśmiechnąć. Nic co zmusiłoby do refleksji, nic wzruszającego, bez prób przekazania ważnych wartości. Stworzyli to co zamierzali. Tak samo jak w przypadku Konosuby czy Onegai Teacher. Brak zbędnych treści, dokładnie to co miało być.

To jest czynnik, który definiuje dobre anime. Anime musi być świadome tego jakie chce być. Jeśli twórcy na siłę kombinują, wplatają coś bez przemyślenia czy to pasuje, czy to ma jakikolwiek sens, czy nie będzie kolidować to z ogólnym obrazem to nie wyjdzie z tego nic dobrego. Wszystko musi być bardzo dobrze przemyślane od początku do końca. To dlatego tak uwielbiam FMA:Brotherhood, Tengen Toppa Gurren Lagann czy Stens;Gatei - te serie są do perfekcji przygotowane, jest w nich dokładnie to co powinno być. Dlatego też mam tak ogromną niechęć do Tokyo Ghoul czy też Guilty Crown - twórcy chcieli więcej niż mogli bądź powinni.

Jestem bardzo wybrednym widzem, dopatruję się nieścisłości, zwracam uwagę na szczegóły. Przez niemal dekadę oglądania "chińskich bajek" zrozumiałem, że anime nie muszą być wcale ambitne by było dobre. Nie wiem czym jest to spowodowane, może tym, że "na zachodzie" anime uchodzi za takie nie mainstreamowe medium pokazujące bardzo wartościowe treści. Może twórcy to dostrzegli i zaczęli się bardziej starać, a może powód jest zupełnie inny. Niemniej jednak nauczyłem się doceniać proste historyjki jak np. Ano Natsu bo takie najczęściej są samoświadome co czynie je naprawdę dobrymi. Nigdy nie będą mogły stawać w szrankach z anime takiego kalibru jak np. FMA:Brotherhood, ale przecież wcale tego nie chcą. Są jakie są, niczym więcej, niczym mniej.

Istnieje też możliwość, że tłumaczę to sobie tak tylko dlatego, że szukam uzasadnienia dlaczego jestem jedną z dwóch osób na świecie lubiących Onegai Teacher.

poniedziałek, 25 lipca 2016

Guilty Crown - dlaczego? po co? jak?



Po obejrzeniu jednego z najlepszych anime jakie miałem niewątpliwą przyjemność oglądać, tj. Shigatsu wa Kimi no Uso chciałem sięgnąć po coś innego, lżejszego. Miałem ochotę na prostą fabularnie bijatykę. Sięgnąłem po Guilty Crown. Nie wymagałem wiele, nie oczekiwałem czegoś wybitnego. Nawet moje proste i niezwykle płytkie oczekiwania okazały się wygórowane.

Ale co tu właściwie spoilerować?

Dziesięć lat przed aktualnymi wydarzeniami na ziemię spadł dziwny kryształ, który okazał się źródłem wirusa, który zmieniał ludzi w kryształ. Po tragicznym wydarzeniu jakim było tzw. Lost Christmas, będącym gwałtownym atakiem owego wirusa Japonia stała się krajem przez ów wirus opanowanym. W pewnym momencie pojawia się organizacja, która wynalazła szczepionkę i dzięki swojemu PRowi przejęła władzę w kraju.

Aktualnie mamy rok 2039. Młody bodajże 17 letni młodzian zwący się Ouma Shu trafia na uciekającą dziewczynę, która jest notabene wokalistką popularnego w sieci zespołu Egoist. Dziewczyna ta nazywa się Yuzuriha Inori i okazuje się należeć do niezwykle tajemniczej organizacji, która jest tak tajemnicza, że wszyscy o niej wiedzą zwącej się Funeral Parlor(albo w innym tłumaczeniu Undertaker). Inori ucieka przed ludźmi z GHQ(to ta organizacja rządząca) gdyż jest w posiadaniu ampułki z czymś w rodzaju substancji, która wstrzyknięta daje człowiekowi niesamowitą moc wyciągania z ludzi(ale tylko ludzi do 17 roku życia) tzw. Voidów czyli fizycznej manifestacji serca(takiego w rozumieniu mentalnym). Jak nie trudno się domyślić Shu ratując Inori wchodzi w posiadanie tej mocy i zaczyna się piękna, romantyczna, pełna zapierających dech w piersi momentów przygoda nowego obrońcy sprawiedliwości.


Tak na prawdę to nie. Teraz zaczyna się komedia pomyłek. Shu pomimo oporów dołącza do organizacji do której należy Inori. Walczy z GHQ mimo swoich wątpliwości. W końcu zmienia zdanie i "uświadamia" sobie, że GHQ planuje coś złego, zakochuje się w Inori, chce i nie chce jednocześnie. To jeszcze nie jest najgorsze. Pierwsze 12 odcinków ma jeszcze jako taką ciągłość i minimalne ilości sensu i czegoś w rodzaju logiki. Mamy głównego bohatera - zbawcę, mesjasza czy coś, mamy złą i dobrą organizację, bohater udaremnia plany tej złej, mamy obiekt westchnień bohatera i tragiczną śmierć przyjaciela. Jeśli pominąć dziury fabularne, doczepianie wątków, które są właściwie zbędne(choć mają jakiś tam sens) to dostajemy mocno średnie anime akcji z supermocami.

Na tym etapie można się jeszcze pokusić o stwierdzenie, że jeszcze się to klei. O ile zazwyczaj uważam, ze 12 odcinków to bardzo mało bo mocno ogranicza to co mogą przedstawić twórcy i poza sytuacjami gdzie anime ma tylko zachęcić do sięgnięcia po mangę, albo ma wybadać odbiorców pod kątem kolejnych sezonów to w tym przypadku akurat tyle wystarcza. Prosta fabuła z prostymi postaciami, wszystko ukazane, więcej nie potrzeba. Jeśli tutaj anime by się skończyło to mógłbym śmiało powiedzieć, że nie było takie złe.

A dam taki obrazek bo czemu nie.

Twórcy jednak pomyśleli, że genialnym ruchem będzie pociągnąć to dalej. Ale wiecie co? Nie było. W tej drugiej części, której zarys fabularny pominę dostajemy rozchwianego emocjonalnie Shu, który najpierw chce być takim dobrym, ale potem stwierdza, że w sumie nie, ale potem jednak tak. Dostajemy też Inori z leciutko mroczniejszą stroną(to akurat jest w miarę ok) oraz kolejną, ogromną porcję bezsensownych, niemających żadnego sensu momentów, doklejanych na siłę sytuacji, idiotycznych zachowań. Ta "część" to taka mieszanka całkowicie nie pasujących do siebie elementów. próbowałem to sobie poukładać, zrozumieć, znaleźć połączenie pomiędzy wątkami, ale poddałem się. Nie ma żadnych połączeń - to wszystko działa na zasadzie "bo tak". Twórcy chcieli coś tak i dali.  Nie ma tutaj spójnej fabuły, jest za to zlepek czegoś. Nie rozumiem jak można spieprzyć coś tak prostego w założeniu.

Przez całe anime przewinęły się może z sześć postaci które mnie nie irytowały. Reszta postaci, albo miała całkowicie nielogiczne, irracjonalne zachowania, albo nagle, bez żadnych przesłanek całkowicie się zmieniały. Po raz drugi oglądając jakiekolwiek anime, miałem prawdziwą ochotę by główny bohater zginął. Niestety zginęła Inori. Może momentami była irytująca tym swoim ciągłym "Shu, Shu, Shu, Shu, Shu", ale nie była tak płynną postacią jak wybawca świata Ouma. Z dwojga złego już wolałbym by przeżyła kobieta.



Bardzo nieadekwatnym stwierdzeniem jest powiedzieć, że to anime jest płytkie. Nie, to anime nie ma dna i zapada się w otchłań głupoty i bezsensownie podjętych przez twórców decyzji.

Nie wszystko jednak jest takie złe. Graficznie nie jest źle - kreska i kolory są ok, walki wyglądają całkiem ładnie pomimo iż są strasznie krótkie(ale hej, ja ciągle czytam Fairy Tail więc krótkie walki nie są mi straszne), animacje tych wszystkich nadnaturalnych elementów też są całkiem porządnie wykonane.

Niewątpliwie najlepszą rzeczą jaka powstała w wyniku stworzenia tego potworka to zespół Egoist, który wyszedł poza ramy anime i działa do dzisiaj.

Czy mogę komuś polecić to anime? Stanowczo nie. Ani nie można tu uświadczyć ciekawej historii, ani zżyć się jakkolwiek z bohaterami, a dla samych scen akcji czy muzyki nie radziłbym po to sięgać. Już lepszym wyborem będzie oglądnąć jakieś AMVki, przesłuchać OST i zapoznać się z Egoistem na własną rękę.

Jeśli jednak już ktoś koniecznie chce to obejrzeć to radzę dać sobie spokój z próbami ogarnięcia tego rozumem, wyłączyć myślenie, nie zwracać uwagi na bzdurne dialogi, a już najlepiej przewijać spokojne momenty.

Kuriozalne jest jak bardzo spieprzono coś co można było zrobić dobrze. Zdarzyło mi się oglądać anime, które było bardzo podobne w założeniach i tam zostało wszystko poprowadzone tak, że bohaterowie byli ciekawi, fabuła intrygująca, świat barwny i efekt był więcej niż dobry. Dlaczego brak tutaj to nie wyszło? Jedyne co mi przychodzi do głowy to fakt, że scenarzysta musiał działać na własną rękę i nie miał żadnego materiału źródłowego(tak, jest to oryginalna seria studia Production I.G, które stworzyło na prawdę dobre serie).

Nie warto jednak nad tym dywagować. Anime jest po prostu słabe i można je śmiało postawić w jednym szeregu z takimi perełkami jak np. oba sezony Tokyo Ghoul.



Pozdrawiam,
Grizz.

środa, 20 lipca 2016

Durarararararararararararara!!



Niejedna osoba marzy by jej zwykłe, szare życie stało się czymś innym, ekscytującym. Inni marzą o tym by w końcu się unormowało, by mogli odetchnąć, chcieliby żyć normalnie. O takich właśnie ludziach opowiada anime Durarara!!. Niniejszy tekst jest oparty o anime, nie miałem styczności z light novel.


Pierwszoroczny licealista Ryuugamine Mikado kierowany chęcią urozmaicenia swojego prostego życia postanawia przyjeżdża do Ikebukuro gdzie mieszka jego najlepszy przyjaciel z dzieciństwa Masaomi Kida. W liceum do którego zaczyna uczęszczać poznaje Anri Sonoharę w której momentalnie się zakochuje, a potem całkowicie nieprzypadkowo wplątuje się w serię dziwnych wydarzeń.

Od lewej: Masaomi, Sonohara i Ryuugamine

Mimo iż Mikado jest nam przedstawiany jako główny bohater to nie zabiera całego czasu antenowego. Mamy tutaj ogromną jak na anime paletę postaci i każda jest na swój sposób istotna - począwszy od całkowicie "normalnych" ludzi, przez dzieciaka zakochanego w głowie, jego siostrę zakochaną w nim, typową prześladowczynię, niezbyt legalnie działającego lekarza, leciutko szurniętego "Informatora", nadludzko silnego gościa, który nienawidzi rzeczonego Informatora, demoniczny miecz po bezgłowego jeźdźca. Wymienianie każdej istotnej postaci z imienia mogłoby śmiało zająć połowę tego tekstu.

Fabuła ma strukturę "modularną" - każdy odcinek to fragment całej historii, którą poznajemy łącząc wątki z poszczególnych odcinków, a narratorem każdego odcinka jest inna postać z anime. Niekiedy bywa to konfundujące, ale jeśli zignoruje się chaotyczność opowieści to wszystko układa się w logiczną całość. Logiczną oczywiście w kontekście świata przedstawionego, który mimo iż jest wzorowany na realnym świecie to mnogość specyficznych osobowości sprawia, że całość wygląda niejako abstrakcyjnie. Nic tu jednak nie odstaje - czy to rzucający automatami z napojami, nadludzko silny Shizuo, niewiele ustępującemu mu w tym polu czarnoskórego rosjanina Simona czy bezgłowy jeździec imieniem Celty, która jest prawdziwym dullahanem. Wszystko, choćby absurdalnie dziwne na swój specyficzny, urokliwy sposób komponuje się i tworzy niepowtarzalny obraz, który wydaje się w pewnym stopniu zwyczajny.

Tak, to jest całkowicie randomowy obrazek, który ma tylko złamać ścianę tekstu :)

Jednym z największych atutów rzeczonej serii są postaci występujące oraz relacje między nimi. Obserwujemy nieśmiałego Mikado oraz Anri, którzy nieudolnie próbują zrozumieć swoje uczucia, Kidę, który w swój specyficzny sposób usiłuje tą dwójkę pchnąć ku sobie; przyjdzie nam również obserwować się rozkwitającą miłość pomiędzy "lekarzem z podziemia", a dullahanem jak i dwójkę dorosłych otaku, którzy żyją w swoim własnym świecie. Nie wypada nie wspomnieć o ciągłych "przepychankach" pomiędzy Shizuo, a Informatorem Izayą.

To ostanie miało dla mnie najwięcej uroku przez cały pierwszy sezon. Było w tym coś komicznego pomimo powagi sytuacji. Wyglądało to tak jakby pomimo mocnych słów ta dwójka tak naprawdę nie chciała się pozabijać i robili to co rozbili z czystej przyjemności(jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało).

Muszę przyznać, że spośród wszystkich bohaterów najbardziej zaintrygował mnie Izaya. Pierwszy sezon anime kreował go na nieco enigmatycznego acz nieprzewidywalnego człowieka lubującego obserwować z cienia wydarzenia toczące się w Ikebukuro. Okazuje się jednak bardzo niebezpieczną personą, która.. Może lepiej nie zdradzać wszystkiego.

Fantastyczny "duet"

Drugi sezon niestety zepsuł to co wykreowało Durarara!!. Durarara!!x2 pchnęło bowiem wszystko nie co głębiej, przez co klimat z lekkiego i całkiem zabawnego stał się widocznie cięższy. Spory coraz bardziej zaognione, bohaterowie powoli popadające coraz głębiej w skrajność. Widać to głównie na przykładzie Mikado, który z fajtłapowatej, ciekawej "drugiej strony" osoby staje się niewymownie irytującą, fajtłapowatą postacią będącą po "drugiej stronie", ale również konflikt pomiędzy Izają i Shizuo zaognia się do niemal śmiertelnego stopnia.

Nie mogło obyć się też bez nowych postaci, które są tutaj bardziej tajemnicze niż oryginalny zestaw co akurat jest dobre - lubię powoli i sukcesywnie poznawać motywy czy rolę konkretnej postaci. Odkrywanie od razu wszystkich kart może skutecznie zniszczyć przyjemność obcowania z nowymi bohaterami.

Oglądając Durarara!!x2 odniosłem wrażenie, że twórcy chcieli zrobić więcej i mocniej co im niewątpliwie wyszło, ale niekoniecznie wyszło to na dobre samemu anime. Nie zmienia to jednak faktu, że całość - pierwszy i drugi - sezon ogląda się przyjemnie. mamy tu dożo akcji, prostego, acz nie prostackiego humoru. Nie uświadczymy tutaj sytuacji chwytających za serce, ale to nie ten typ anime. Można by to przyrównać do filmów Marvela - tak jak one, Durarara!! ma dobrze zabawić widza. Niewątpliwie pomaga w tym prosta acz ładna kreska oraz przyjemny soundtrack, choć nie wiem czy ten drugi jest tak samo dobry sam w sobie. Myślę, że to ten typ muzyki, któremu musi towarzyszyć obraz.

Durarara!! i Durarara!!x2 można śmiało obejrzeć jeśli nie oczekuje się niczego więcej poza dobrą zabawą płynącą z seansu. Nie jest to anime wybitne, ale niewątpliwie bardzo dobre i warte spędzenia przy nim czasu.



Pozdrawiam,
Grizz

sobota, 9 lipca 2016

Angel Beats! - bardzo dobre anime ze słabą końcówką i dobrym zakończeniem



Długo wzbraniałem się przed napisaniem o tym animu. Już na początku uprzedzam, że jest wielce prawdopodobnym, że będzie tutaj sporo spoilerów - ciężko uniknąć tego kiedy największą siłą tak krótkiego anime jest fabuła. Od razu nadmienię, że nie grałem w VN i cały tekst jest oparty na wrażeniach z anime i TYLKO anime.


Akcja anime zaczyna się gdy protagonista Yuzuru Otonashi budzi się całkowicie pozbawiony wspomnień, w obcym miejscu, które wygląda jak szkoła. Pierwszym co widzi to młoda dziewczyna celująca z karabinu do innej młodej dziewczyny po czym bez pardonu dostaje w twarz informacją, że jest martwy i musi dołączyć do SSS(Shinda Sekai Sensen) i walczyć z tą drugą, którą zwą Tenshi(z jp. Anioł) bo jeśli tego nie zrobi to zniknie. Zachował się tak jak zapewne zachowałby się każdy z nas - nie uwierzył, a przez ten brak wiary dostał od Tenshi ostrzem prosto w pierś i obudził się w szkolnym "szpitalu".

Po przebudzeniu poznaje Yuri Nakamurę(to ta pierwsza dziewczyna) i kilka innych osób z SSS, które wyjaśniają jak sprawy się mają. Cała ta szkoła to miejsce do którego trafiają po śmierci młodzi ludzie po to by przygotować się do reinkarnacji w czym ma pomóc prowadzenie normalnego szkolnego życia wśród iluzji ludzi zwanych NPC. SSS buntuje się przeciwko temu przez co prowadzą nieustanną walkę z przewodniczącą rady uczniowskiej - Tenshi.. Tak jakby, ale o tym później.



Na ten moment to tyle o fabule jako takiej gdyż nie chcę zbyt wiele zdradzać tym, którzy spoilerów boją się jak ognia. Przejdźmy do standardowych kwestii.

Graficznie jest standardowo jak na rok 2010. Mimo iż jest to już 6 letnie anime to nie postarzało się jakoś strasznie choć wyraźnie widać różnicę pomiędzy kreską dzisiaj, a wtedy, ale nie jest źle. Nie ma fajerwerków, ale nie odstrasza jak wiele innych anime, których nie oszczędził ząb czasu. Można by się kłócić czy kreska nie mogłaby być ciut lepsza, bardziej "złożona" gdyż jest kilka anime z tamtego okresu, które niewątpliwie wyglądały lepiej, ale nie ma sensu czepiać się czegoś co jest dobre. Jedyne co mnie w tej kwestii nieco boli to mała różnorodność lokacji, w których toczy się akcja Angel Beats!, ale to może być zabieg celowy ze względu na hermetyczność środowiska.

Shinda Sekai Sensen - bardzo wesoła gromadka :)
Członkowie SSS wyraźnie odcinają się na tle NPC. Każdy jest indywidualnością, nie ma dwóch takich samych postaci. Widać to doskonale gdy, którakolwiek z postaci dostaje choćby odrobinę czasu antenowego - to jak i co mówią, zachowania, stosunek do innych ludzi. Mimo iż są w jednej organizacji to nikt nie jest tutaj bezkrytyczny w stosunku do innych, nie stanowią masy, a zbieraninę jednostek świadomych siebie. Bardzo przyjemnie ogląda się wzajemne zażyłości, niechęci, walkę z własnymi uprzedzeniami względem innych gdy trzeba. W trakcie oglądania kolejnych odcinków straciłem poczucie, że oni przecież nie żyją, że walczą przecież o pozostanie sobą i miałem wrażenie, że obserwuję bandę młodych ludzi, którzy po prostu dobrze się bawią. Jednak pomimo tego co złego by między poszczególnymi osobami nie zaszło to każdy jest skłonny stanąć za drugim murem. 

Chciałbym pełen album od Girls Dead Monster

Soundtrack tej serii jest genialny. Nie jest tutaj tak jak w innych seriach, że tylko mi pasował. Tutaj wybijał się ponad wszystko. Jeśli miałbym podać jeden jedyny powód dlaczego to anime jest wybitnie warte obejrzenia, to ze względy na soundtrack. Nie ma chyba utworu, który po prostu by pasował, zlewał się z całością. Są anime, które mogłyby "działać" bez muzyki w tle, albo z kilkoma tylko utworami. Nie tutaj. Tutaj OST nie jest tylko tłem. Ośmielę się nawet stwierdzić, że jest jednym z głównych bohaterów. Nie ważne czy to piosenki Girls Dead Monster czy utwór dotyczący jakiejś postaci/sytuacji - każda melodia wybija się nadając całości wyjątkowego charakteru. Mamy tutaj utwory od lekko rockowych po spokojne, a nawet takie, które potrafił chwycić za serducho człowieka tak nieczułego jak ja. Jest to bez dwóch zdań najlepszy soundtrack jaki kiedykolwiek słyszałem w anime. Z resztą przekonajcie się sami - link do playlisty na youtube: klik.

Podsumowując - anime jest świetne. Są oczywiście pewne zgrzyty i nieco gorsze momenty, ale ciężko winić o to anime zamknięte w 13 odcinkach. Nie chciałem w tym tekście zbyt wiele zdradzać(dlatego taki krótki) bo uważam, że nie istnieje wiele anime, które tak jak Angel Beats! zasługują na obejrzenie. Mogę z czystym sercem i sumieniem polecić je każdemu. Bez wyjątków.

Tym akcentem zakończę w miarę bezspoilerową część tekstu. Jeśli nie oglądałeś anime, a zamierzasz to nie czytaj dalej. Serio. Jestem człowiekiem, który nie pluje się o spoilery, ale po obejrzeniu Angel Beats! wiem, że w tym przypadku spoilery są po prostu profanacją. Dziękuje za przeczytanie.



Pozdrawiam,
Grizz







SPOILER ALERT!

Niestety to anime nie jest idealne. Zacznę może od tego, że jeden z najważniejszych motywów czyli sens istnienia świata, w którym dziej się akcja został potraktowany nieco po macoszemu. Może wyjaśnię. Ten stan przejściowy pomiędzy śmiercią, a reinkarnacją jest po to, aby młodzi zmarli mogli pogodzić się z życiem jakim mieli(bo trafiają tu tylko ci, którzy nie potrafią zaakceptować życia jakie mieli - poza Yuzuru, Kanade(Tenshi) i Yuri). W tym świecie dostają też szansę na młodość jakiej nie mogli doświadczyć ze względu na swą śmierć. Pod koniec anime każdy - a przynajmniej takie wrażenie odnosi widz - godzi się na odrodzenie, dostrzega, że dopełniło się to co go trzymało w tym świecie po śmierci, jest w końcu w stanie zniknąć. W pewnym momencie  fabuły Yuzuru dostrzega jak właściwie sprawy tutaj wyglądają i postanawia z pomocą Kanade pomóc każdemu pogodzić się z życiem jakim miał i, że popchnie wszystkich w stronę odrodzenia. Niestety pokazane zostało to nam na zaledwie kilku przykładach. SSS to w gruncie rzeczy duża grupa i mimo, że poznajemy zaledwie wybranych jej członków to ta grupka zostaje jeszcze bardziej okrojona. Rozumiem, że pokazanie historii każdego wydłużyłoby anime - może byłoby to dobre, może nie - ale twórcy mogli pokusić się o coś więcej niż tych kilku wybranych. Boli mnie, że nie pokazano czegoś więcej o najbardziej enigmatycznej postaci czyli o TK, ale może to już urok tej postaci.

Kolejnym elementem, który nieco mnie zasmucił to często widziany w krótkich serial motyw - pod koniec akcja drastycznie przyspiesza. Nie jest to może jakoś wybitnie złe bo jednak mamy tutaj w jakiś sposób wyjaśnione co się dzieje(oglądałem anime gdzie akcja była szybka na zasadzie "bo tak"), ale wygląda to tak jakby w pewnym momencie twórcy przypomnieli sobie "hej, kończy nam się limit odcinków, pora to kończyć".

Teraz troszkę o dziurach fabularnych i przeinaczaniu faktów. Wyraźnie jest dawane widzowi do zrozumienia, że ci którzy się dostali do tego świata to ci, którzy nie pogodzili się z życiem jakim mieli, ale mamy tutaj trzy wyjątki - Otonashi, który stracił pamięć, Kanade, która musi zrobić coś i dlatego tu jest i najbardziej kuriozalny czyli Yuri. Yuri jest całkowitym zaprzeczeniem idei istnienia świata w którym się znajdują. Jest ona chyba jedyną osobą, która do początku do końca jest pogodzona z życiem jakim miała. Wiele sobie zarzucała, obwiniała się o śmierć rodzeństwa, ale była z tym pogodzona, żyła. To co ją trzymało po śmierci to właśnie to, że była do tego stopnia pogodzona z przeszłością, że nie dopuszczała możliwości by zapomniała o tym(po reinkarnacji jest się całkiem inną istotą - bo niekoniecznie odrodzisz się jako człowiek). Chciała pamiętać. Nie chciała dopuścić by to co się stało po prostu zniknęło, by przepadło.Nie chce stać się kimś innym. Nagle też przechodzi przemianę i postanawia się odrodzić. Niby fajnie, że mogła pójść dalej, ale troszkę brak tu konsekwencji. Nie zmienia to jednak faktu, że ta wyjątkowość Yuri na tle innych postaci przypadła mi do gustu.

Teraz może o Yuzuru. Gdy odzyskał wspomnienia powinien zniknąć, ale tak się nie dzieje. Dlaczego? Dlatego, że znalazł sobie cel by zostać - pomaganie innym pogodzić się z życiem jakie mieli. I teraz nagle możliwości pozostania w tej pośmiertnej szkole jest więcej. Nie jest to może złe, ale jednak jestem człowiekiem, który lubi konsekwencję w działaniu, a od plot twistów wymagam czegoś więcej.

Kanade i dziury fabularne. Gdy już wiemy, że jakiś cel pozwala utrzymać się w tym świecie to dowiadujemy się, że taki cel ma też Kadane i łączy się on bezpośrednio z postacią Otonashiego. Otonashi pod koniec swojego życia gdy już właściwie zdecydował się zostać dawcą organów, a jego serce trafiło do Kanade, która i tak w końcu umarła(ale nie to jest ważne). Yuzuru trafia do szkoły ewidentnie później niż Kanade, która umarła później, a jest tak mniej więcej tak długo(a prawdopodobnie dłużej) niż Yuri, która gdyby żyła(jest taka informacja w anime) "byłaby teraz babcią". Nie wiem jak jest w grze, ale nie da się nie dostrzec tutaj takiej dziury. Twórcy całkowicie zignorowali istnienie czegoś takiego jak czas. Oczywiście można stwierdzić, że nie trafia się do szkoły zaraz po śmierci, ale jest to straszliwie naciągane. Jednak stanowi to otwartą furtkę dla drugiego sezonu. Jeśli twórcy by się postarali to mogliby połączyć to, ze Otonashi pojawia się później niż Kanade z motywem człowieka, który stworzył Angel Player, ale musieliby zrobić to na prawdę sprytnie, żeby nie było czuć na kilometr zwykłym łataniem dziur w fabule.

Na koniec wspomnę jeszcze o końcówce i zakończeniu. Pominę wyżej wymienioną dziurę fabularną. Nie podobało mi się to wylewanie łez przez Otonashiego i ten jego egoizm. Nie wspominajmy, że trochę tak nagle zakochuje się w Kanade. Powinien cieszyć się, że jego luba może w końcu pójść do przodu i też powinien zrobić to do czego nakłaniał innych. Ten w tym czasie zalewa się łzami i zostaje. Może z jakiegoś powodu nie może się odrodzić? No chyba jednak może jeśli popatrzymy na scenę po endingu, gdzie mija Kanade po reinkarnacji nucącą My Song. Podobało mi się to zakończenie - lubię happy endy, ale nie mogę ukrywać, że strasznie gryzie się z tym co widzieliśmy wcześniej. No, ale feelsy były :)

Jest jeszcze alternatywne zakończenie, które jeśli połączyć to z końców mogłoby stanowić dobry pomost z kolejnym sezonem. Takowego pewnie nigdy się nie doczekamy i może to dobrze. Może nie powinniśmy odkrywać wszystkich tajemnic.

Co by jednak nie mówić, jakich błędów i niedopatrzeń nie wytykać to nie da się ukryć, że anime jako całość jest po prostu świetne.